13 lat minęło... pamiętał każdy najdrobniejszy szczegół,
prawie tak jakby to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj... Przyjął
święcenia kapłańskie wierząc, że to najwłaściwsze i najrozsądniejsze, co może
zrobić w danym momencie. Zarówno dla siebie jak i dla nieobecnego już ojca. Nieraz dręczyły go myśli, czy nie postąpił może zbyt pochopnie. W każdym zakątku
siebie szukał tego prawdziwego i jedynego powołania do służby innym. Nic nie
sprawiało mu tyle radości, co możliwość zobaczenia jak na czyjejś twarzy ponownie gości
uśmiech. Uśmiech szczery, niewymuszony, pełen blasku i wdzięczności, zarażający
wszystko i wszystkich dookoła. Jednak czy to nie było zbyt egoistyczne, aby
trwać w tak ważnej misji kierując się głównie własnymi pobudkami i pragnieniami...?
Tak wiele razy zadajemy sobie pytanie, czy podążamy właściwą
drogą, czy robimy to, do czego zostaliśmy przeznaczeni dawno temu...
Również i Wam zdarza się pytać mnie o to, czy nigdy nie
zwątpiłem w słuszność sprawy, w słuszność mojej osobistej posługi. Otóż,
kochani, wątpliwości nachodzą mnie niemal codziennie. Za każdym razem gdy budzi
się nowy dzień, toczy się we mnie wewnętrzna walka: powinienem wytrwać w
złożonym przyrzeczeniu czy też dalej robić to, co robię, ale jednak już na
własną rękę, bez żadnych etykietek, które zbyt często mój wysiłek unicestwiają?
Staram się otworzyć sam na siebie i choć raz spróbować być
ze sobą w 100% szczerym. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, jak bardzo
trudne jest takie zadanie. Oczywistym wydawać by się mogło, że, kogo jak kogo,
siebie samego oszukiwać się nie da. No bo i po co? Wydaje mi się, że takie działania przybierają czasami formę zbroi, dzięki której bronimy się przed
potencjalnym popełnieniem błędu. Nieistotne jak ważną lekcję może on nam zaserwować,
zawsze będziemy go postrzegać jako swego rodzaju porażkę. A przecież porażki z
natury są złe.
No nie.
Tak faktycznie nas uczono, takie przekonanie wpajano nam
przez wiele lat, aż w końcu sami zaczęliśmy ślepo w to wierzyć. Wyobraźcie
sobie teraz, że dziecko podczas nauki chodzenia upada po raz pierwszy albo po
raz pierwszy spada z roweru, traktuje to jako osobistą życiową porażkę i
poddaje się...
Doskonale wiemy, że choćby miało się podnosić jeszcze i
milion razy, zrobi to, aż w końcu osiągnie to, do czego tak usilnie dąży. Jego
wrodzona ciekawość, chęć poznawania świata wszystkimi zmysłami nie pozwolą mu
usiedzieć spokojnie w miejscu, będzie próbować tego, co nowe i dotąd
niezgłębione, aż, finalnie, dowie się, co sprawia mu największą frajdę i zwyczajnie
będzie za tym podążać. Czasami nawet wbrew powszechnie przyjętym normom.
Jako przesłanie nie tyle na bieżący tydzień, co dosłownie na
całe Wasze życie zostawiam Was z tą myślą. Bardzo gorąco zachęcam Was do tego,
abyście dalej kultywowali w sobie ciekawość i abyście nigdy nie zabijali w
sobie Waszego cudownego wewnętrznego dziecka!
![]() |
| https://panama2019.pa/es/inicio/ |
PS Oczywiście zapraszam również do dalszego śledzenia
przygotowań do Światowych Dni Młodzieży, które są już tuż tuż!
Błogosławionego i pełnego łask tygodnia, kochani!
W wielu momentach
życia jedyne czego pragniemy to odpuścić
i zrezygnować. A przecież sens tkwi w tym, by odszukać coś, co nie pozwoli nam
się poddać. Musimy upadać po to, żeby umieć
się podnieść. Podnosimy się po to , by za jakiś czas upaść znowu.
Głupie? Nie, takie właśnie jest życie.
Głupie? Nie, takie właśnie jest życie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz